Radni kochają wójta bezinteresownie? (cz.1)
LUBIN. Bycie radnym to prestiż. Bycie radnym wspierającym wójta, burmistrza czy prezydenta to dodatkowo poczucie udziału we władzy. To jednak nie wszystko - niekiedy wydaje się, że są i inne korzyści, że popieranie władzy się po prostu zwyczajnie opłaca. Oczywiście… nieoficjalnie. Oficjalnie wszystko jest nie tylko, że legalne to jeszcze uzasadnione fachowością i umiejętnościami. Przyjrzyjmy się jak to wygląda w gminie Lubin.

Opozycja w radzie gminy wobec wójta Tadeusza Kielana, który wygrał ostatnie wybory, była liczniejsza od radnych go wspierających. Stąd trudności w uchwalaniu uchwał inicjowanych przez wójta i dokładne "prześwietlanie" intencji wójta w jego inicjatywach. Doświadczeni samorządowcy twierdzili, że taka sytuacja długo nie potrwa i kilku radnych zostanie różnymi metodami "przeciągniętych" do obozu wójta. Okazało się, że mieli rację.
Radny Nyklewicz do wyborów samorządowych przystępował z komitetu wyborczego poprzedniej wójt Ireny Rogowskiej. Krótko po wyborach został zwolniony z pracy w Gimnazjum nr 1 w Lubinie gdzie pracował jako nauczyciel. Informował wtedy, że był szykanowany przez dyrekcję szkoły za swoje poglądy i odmienne zdanie do pomysłów wójta Kielana. Nie minęło wiele czasu gdy postanowił „zmienić front” i odejść z dotychczasowego klubu radnych „Razem dla gminy Lubin” by związać się z klubem radnych wójta Kielana. Jak twierdził w wydanym przez siebie oświadczeniu, jego nagła zmiana poglądów to kwestia jego sumienia. Zaprzeczał również krążącym pogłoskom, że wiąże się z to propozycją nowej pracy ze strony wójta lub innych osób wspierających działania wójta. Nawet groził sądem osobom rozpowszechniającym takie pogłoski. Przejście Nyklewicza zmieniło układ sił w radzie gminy: radni popierający wójta Tadeusza Kielana uzyskali większość i w sierpniu ubiegłego roku powołali swoich ludzi na stanowiska przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady. Pod koniec sierpnia obecna żona radnego Nyklewicza wygrała konkurs o pracę na stanowisko w urzędzie gminy. Czyżby przypadek?
Jak by tego było mało, sam zainteresowany po niedługim czasie dostał pracę w Regionalnym Centrum Sportu w Lubinie, czyli w spółce miejskiej. O zależności wójta i prezydenta Lubina pisać chyba nie trzeba. Obaj grają w "jednej drużynie"... Radny nadal twierdzi, że nikt go nie "kupił". Tylko ile osób mu wierzy?
To pierwszy z jaskrawych "przypadków" uzyskania pracy dla siebie i najbliższej rodziny zaraz po radykalnej zmianie poglądów. O następnych napiszemy niebawem. W tym o tym jak pozyskuje się przychylność radnego w zamian za obietnice wiejskiej świetlicy itp.